sobota, 23 maja 2015

the favour

___________________________________________

Białe Audi r8 mknęło ulicami Hamburga pod osłoną nocy. Prędkościomierz na desce rozdzielczej wskazywał prędkość nieco wyższą niż dopuszczalna norma w terenie zabudowywanym, ale on nie zwracał uwagi na coś tak błahego, jak zasady ruchu drogowego. Pędził opustoszałymi ulicami miasta, a idealna cisza w samochodzie pozwalała skupić mu się na drodze, którą i tak znał na pamięć. Prawdopodobnie gdybyś teraz zawiązała mu oczy chustką, on i tak dotarłby do celu bez najmniejszego problemu. Zacisnął mocniej dłonie na kierownicy, kiedy w oddali dostrzegł radiowóz policji i zwolnił, by choć na moment wrócić do pozorów. Nie chciał mieć problemów z prawem, więc zwolnił i kiedy miał pewność, że wyjechał z zasięgu wzroku nieświadomych policjantów, znów przyśpieszył, a wiatr wpadający przez rozchylone okno przyjemnie muskał jego twarz.

W końcu, po kilkunastu minutowej drodze, zajechał na parking normalnie wyglądającego domu jednorodzinnego, który zewnętrznie niczym nie różnił się od tych znajdujących się kilkaset metrów dalej. Drewniane okna, a w nich firanki czy kwiaty przed drzwiami wejściowymi miały stwarzać pozory normalności. Normalności, której temu miejscu z pewnością brakowało.

- Dobry wieczór, Michael. Szef u siebie? – Zwrócił się do jednego z ochroniarzy, witając się z nim mocnym uściskiem dłoni. Rosły mężczyzna potwierdził obecność niejakiego szefa i zaprowadził gościa wprost do jego gabinetu, zgodnie z panującymi tutaj zasadami. – Dziękuję. – Mruknął w stronę odchodzącego ochroniarza i delikatnie nacisnął na klamkę.

Wszedł do gabinetu, mrużąc oczy w poszukiwaniu swojego rozmówcy. Dopiero po kilku sekundach wytężonej pracy zmysłu wzroku dostrzegł go, siedzącego w skórzanym fotelu i palącego cygaro.

- Witaj, Heinrich. Miło cię widzieć. – Odezwał się pewnie, a kiedy mężczyzna odwrócił się w jego stronę, uśmiechnął się szeroko. – Cieszę się, że zgodziłeś się ze mną spotkać.

- Bill… Mnie również miło, że znów postanowiłeś nas odwiedzić. Kto tym razem? Blondynka, brunetka? – Heinrich Muller zaśmiał się, zapalając niewielką lampkę, która oświetliła delikatnie pomieszczenie. – Wczoraj mieliśmy dostawę, więc jest w czym wybierać. Whisky? – Zapytał, nalewając do wcześniej przygotowanych szklanek alkoholowy trunek.

- Niestety muszę odmówić, jestem autem.  Ale nie obrażę się, jeśli poczęstujesz mnie cygarem.

- Więc dzisiaj nie zostaniesz na dłużej? Szkoda, szkoda… Moje najlepsze dziewczyny wciąż czekają na towarzystwo. – Posłał mu swój firmowy uśmiech, próbując wpłynąć na jego decyzję. – A cygarem możesz się śmiało częstować. – Podsunął mu pod nos wyłożone atłasem opakowanie i pozłacaną zapalniczkę.

- Dzisiaj jestem w nieco innej sprawie, ale pozwól, że najpierw obejrzę twoje dziewczyny, a potem dokończymy tę rozmowę. – Odpalił cygaro, delektując się smakiem jednego z najlepszych tytoniów, jakie kiedykolwiek palił.

- W innej sprawie? Zaintrygowałeś mnie, Bill, więc wolałbym wiedzieć, co to za sprawa. – Muller upił sporego łyka whisky, przeciągając się w fotelu. Oparł dłonie o dębowy blat biurka, wpatrując się uparcie w twarz Billa.

- Cóż, to bardzo nietypowa kwestia. – Zaciągnął się tytoniem, eleganckim ruchem strzepując nadmiar popiołu do popielnicy. – Widzisz, chciałbym dobić z tobą dobrego interesu.

- Do rzeczy, Bill, do rzeczy. Nie mam całej nocy.

- Krótko i zwięźle – chcę odkupić od ciebie którąś z twoich dziewczyn. Wiem, że masz same najlepsze i wiem, że nie doradziłbyś mi byle czego. Proponuję na początek czterdzieści tysięcy. – Kolejny raz się zaciągnął, wyczekując reakcji Heinricha. Widział, że mężczyzna zupełnie się tego nie spodziewał i nie wiedział, co on sam zaraz usłyszy.

- Tak, to bardzo nietypowa kwestia, ale i mało realna. Wybacz mi, przyjacielu, ale nie mogę zgodzić się na te warunki. To wbrew moim zasadom. Nie zapominaj, że przebywasz w luksusowym burdelu, a nie sklepie. – Heinrich przeczesał dłonią siwiejące włosy i nalał sobie kolejną porcję whisky. Choć nie zdradzał tego po wyrazie twarzy, intensywnie myślał nad propozycją Billa, mając nadzieję, że ten podbije stawkę, bo kto jak kto, ale Bill Kaulitz zawsze dostawał to, co chciał i nie miał skrupułów, by to osiągnąć.

Nie pomylił się.

- Pięćdziesiąt tysięcy? – Brak odzewu. – Pięćdziesiąt pięć? – Brak odzewu. – Dobra, sześćdziesiąt. Tyle mogę maksymalnie zaproponować. – Przygryzł nerwowo wargę, kończąc palić cygaro. Oparł się o wygodne krzesło, nabierając więcej powietrza w płuca. – To jak?

- Cóż… Sześćdziesiąt pięć i jest twoja. Umowa stoi? – Muller wyciągnął dłoń w jego kierunku, a Bill bez wahania ją uścisnął, co znaczyło tyle, że dobili targu. – To zapraszam, musisz teraz wybrać swoją osobistą dziwkę.

*

- Schulz, rusz się! Masz gościa! – Głos strażnika wyrwał go z rozmyśleń i sprowadził z powrotem na ziemię. Spojrzał nieprzytomnym wzrokiem na wysokiego i dobrze zbudowanego mężczyznę, a kiedy ten ponaglił go szarpnięciem za więzienny uniform, ruszył się w miejsca i wyciągnął ręce przed siebie, by strażnik mógł spiąć go w kajdanki. – Ruchy! – Pchnął go do przodu, a Markus o mały włos nie przewrócił się o nierówną, betonową posadzkę.

Wszedł do sali widzeń, rozglądając się w poszukiwaniu tego, kto przeszkodził mu w rozmyśleniach nad sensem swojego życia. Już stracił nadzieję na pojawienie się tutaj Kaulitza, który przecież obiecał mu, że wróci, a przede wszystkim, że wyciągnie jego siostrę z poważnych tarapatów i kiedy dostrzegł go - siedzącego przy stoliku za filarem - nie mógł uwierzyć własnym oczom.

- Bill! – Krzyknął z radości, za co został uderzony pałką w plecy, ale ból został całkowicie zniwelowany przez buzujący hormon szczęścia.

- Ciszej, bo zaraz wrócisz do celi. – Syknął strażnik, pokazując na drugiego, który miał przypilnować osadzonego i jego gościa.

- Cześć, Mark. Obiecałem i jestem. Wybacz, że tak długo to trwało, ale musiałem obmyślić strategię, a poza tym praca, praca i jeszcze raz praca. – Bill uśmiechnął się do niego lekko, siadając tuż naprzeciwko prawie płaczącego kolegi.

- Udało się? Kathrin jest bezpieczna? Co z nią? – Markus zasypał go lawiną pytań i wcale mu się nie dziwił. Na jego miejscu też dołożyłby wszelkich starań - nawet z więzienia - by ocalić życie swojemu bratu.

- Udało. Twoja siostra jest bezpieczna i mieszka ze mną. – Widząc łzy cieknące po policzkach chłopaka, wstał i poklepał go po plecach, by dodać mu otuchy. Nie przypuszczał, że nieco agresywny i zbyt impulsywny Markus będzie przed nim płakać, bo doskonale go znał, ale cieszył się, że mógł spłacić swój dług z przeszłości.

- Bill, nie wiem, jak ci się odwdzięczę, kiedy już wyjdę z paki. Dbaj o nią i nie pozwól jej nikomu skrzywdzić.

- Daj spokój, jesteśmy kwita. I obiecuję, że będę o nią dbać. A teraz przepraszam, ale na mnie już pora. Może niedługo odwiedzę cię tutaj z Kath. Trzymaj się! – Bill wstał i machnął na strażnika, że wychodzi, kątek oka dostrzegając, jak wargi Markusa układają się w ciche „dziękuję”.

*

Siedział w surowo urządzonej kuchni swojego apartamentu i dłubał widelcem w talerzu. Nie miał ochoty jeść samotnie, bo nigdy wcześniej tego nie robił i nigdy wcześniej nikt nie ignorował go tak bardzo, jak robiła to Kathrin. Irytowała go z dnia na dzień coraz bardziej, ale obiecał i sobie i Markusowi, że będzie o nią dbać, a co za tym idzie, nie potraktuje jej tak, jak poprzednie „dziewczyny”. Nie skrzyczy jej, nie uderzy, nie zmusi do niczego, bo zbyt dużo ryzykował.

Ryzykował całym swoim wizerunkiem, który wypracował na przestrzeni ostatnich lat. Ryzykował karierą i dalszymi losami zespołu, bo gdyby informacja, że korzystał z usług prostytutek czy jedną z nich wykupił, przedostałaby się do mediów, byłby skończony. Wiedział, że musiał na nią uważać, by zdobyć jej zaufanie i ochronić swoje dobre imię.

- Kath, zjedz ze mną. – Mruknął w jej kierunku, bo drzwi od jej sypialni były uchylone. Wiedział, że go słyszy, ale wciąż unikała go jak ognia i nawet nie miał szansy wytłumaczyć jej tej całej, chorej sytuacji.

- Spierdalaj. Powtórzyć? – Krzyknęła zza ściany, a po chwili zatrzasnęła drzwi z impetem, aż jeden z obrazów, który wisiał na ścianie, spadł i roztrzaskał się w drobny mak.

- A niech cię! – Zanurzył widelec w makaronie spaghetti, a potwornie wysoki dźwięk rysowanego szkła spowodował u niego gęsią skórkę i naprawdę śmieszny grymas na twarzy. – Kurwa mać, dziękuję za taki obiad, ty mała niewdzięcznico. – Mruknął pod nosem, odstawiając talerz na kuchenny blat.

Miał niepohamowaną ochotę wejść do pokoju dziewczyny i wygarnąć jej wszystko, co myśli o tej absurdalnej sytuacji. Miał dosyć zdawkowych odpowiedzi i ignorancji, której nienawidził. Przecież uratował jej życie! Uratował ją przed pewną śmiercią z rąk człowieka, który zarabiał grube pieniądze na takich jak ona. I owszem, korzystał z jego usług, ale czuł się rozgrzeszony, bo przecież musiał zaspokoić swój seksualny popęd. By uspokoić skołatane nerwy podszedł do bogato wyposażonego barku z alkoholami i nie szczędził sobie whisky na poprawienie parszywego humoru. A potem rozsiadł się wygodnie na kanapie i zasnął, odpływając do krainy Morfeusza.

*

- Kaulitz! Kaulitz, telefon! Kurwa, obudź się! – Gwałtowne potrząsania jego ciałem skutecznie wybudziły go ze snu. Zaspanym wzrokiem spojrzał na wiszącą nad nim Kathrin i uśmiechnął się półgębkiem, bo w końcu powiedziała do niego coś więcej niż tylko „spierdalaj” czy „nie” . – Co się tak cieszysz jak głupi do sera? Telefon ci dzwoni od godziny, a ty śpisz jak zabity. Nie traktuj tego jako rozejm.

- Rujnujesz moje marzenia, maleńka. – Przetarł powieki, chwytając za telefon, który Kath mu przyniosła. Omiótł wyświetlacz krótkim spojrzeniem i wyciszył urządzenie, chowając je pod poduszkę. – Nic ważnego, ale dzięki za czujność. – Uśmiech nie schodził mu z twarzy, czym skutecznie irytował siostrę swojego kumpla.

- Powiedz mi… Czemu mnie tu trzymasz? I jakim cudem zabrałeś mnie z rąk tych psychopatów? – Zaczęła, siadając tuż obok niego. Zmierzył ją wzrokiem, zatrzymując się na idealnie wyeksponowanym biuście. – I nie patrz na moje cycki! – Żachnęła, krzyżując dłonie tak, by zasłonić fragmenty nagiej skóry i koronkowego stanika.

- Powiedzmy, że musiałem uregulować dług z przeszłości. – Mruknął beznamiętnie, przejeżdżając językiem po spierzchniętych wargach.

Pragnął jej. Od samego początku pragnął posiąść jej ciało i mieć ją na wyłączność. Podniecał go jej niewyparzony język i choć momentami była irytująca, chciał spróbować, jak smakują jej usta i nie tylko. Westchnął, kiedy nabrawszy powietrza w płuca, poczuł jej słodki zapach.

- Dług z przeszłości? Aha. Powiedzmy, że rozumiem. A druga kwestia? – Jej długie, jasne włosy rozlały się po ramionach i plecach, a on naprawdę musiał kontrolować każdy swój ruch, by nie rzucić się na nią i nie zakleszczyć jej w swoich objęciach.

- Wydaje mi się, że za dużo chcesz wiedzieć. Niech to pozostanie moją słodką tajemnicą. – Uśmiechnął się łobuzersko. – I nie uważasz, że wygrałem? Słyszałem, jak na mnie bluźnisz, twierdząc, że nigdy się do mnie nie odezwiesz i co? Wygrałem. – Pokazał jej język i zaczął się śmiać tak głośno i radośnie, aż sama Kathrin po chwili dołączyła do niego, co wprawiło go w niezły szok.

- Niech ci będzie, jeśli to ma połechtać twoje ego.

- Szczerze? Wolałbym, żebyś połechtała coś innego. – Spojrzał w jej niebieskie tęczówki, przygryzając wargę w taki sposób, aż zabrakło jej tchu. Zbliżył się do niej niebezpiecznie, układając swoje dłonie na jej nagich udach.

Chwilę potem przesuwał nimi wyżej i wyżej, a kiedy żaden opór z jej strony nie nadchodził, wsunął je pod materiał prześwitującej bluzki, otaczając opuszkami kontur tatuażu. Jego twarz była coraz bliżej, aż w końcu, kiedy uniosła wyżej podbródek, wpił się w jej wargi z namiętnością, odbierając oddech. Naparł na drobne ciało dziewczyny, wręcz wciskając je w obicie skórzanej kanapy, a kiedy poczuł jej dłonie wplątujące się w jego blond włosy, nie wytrzymał.

- Kath?

- Tak?

- Kochaj się ze mną.

*

- Wciąż nie wierzę, po prostu nie wierzę, że wydałeś na mnie ponad sześćdziesiąt tysięcy... – Zaczęła, spoglądając w jego czekoladowe tęczówki, po czym wybuchła niepohamowanym śmiechem, który echem odbijał się od pustych ścian ich przyszłego salonu.

- Oj, maleńka. – Mruknął, przyciskając usta do zagłębienia jej szyi. – To najlepiej zainwestowane tysiące w moim życiu. – Musnął nieśpiesznie tę wrażliwą część ciała dziewczyny i odsunął się, by przypadkiem nie poddać się wzrastającemu podnieceniu. – I nie rób takiej miny! Wiesz, że lubię cię tak nazywać.

- Kaulitz, grabisz sobie. – Zacmokała z ironią, siadając na parapet. – W moim stanie określenie „maleńka” średnio pasuje. Powinieneś mnie raczej nazywać wieloryb, ewentualnie foczka, bo zaczynam się toczyć i to twoja wina.

Posłał jej tylko swój szczery uśmiech. Ten, którego nie znały media i fanki. Ten, którym raczył ją każdego dnia od ponad roku. Od dnia, w którym zobaczył ją po raz pierwszy. Ten, na którego widok fajerwerki rozsadzały ją od wewnątrz, przynosząc błogie uczucie szczęścia.

- Co się tak szczerzysz? – Lekkim krokiem podeszła do niego i oplotła swoimi dłońmi jego wąską talię. – Ale uwielbiam, kiedy to robisz, więc nie krępuj się… – Musnęła jego miękkie, spragnione jej pocałunków wargi. – Wiesz w co jeszcze nie wierzę?

- Że uwielbiany przez tysiące Bill Kaulitz się w tobie zakochał? – Przygryzł delikatnie jej dolną wargę, a jej ciałem przeszedł dreszcz.

- Nie pochlebiaj sobie. A tak naprawdę to nie wierzę w to, że jestem szczęśliwa. Tak cholernie i prawdziwie szczęśliwa… Dzięki tobie, Billy. – Wtuliła się w jego drobne ciało, wsłuchując się w bicie ich serc, które w połączeniu tworzyło melodyjną i harmonijną całość. – Wiem, że dzięki tobie jestem tutaj, gdzie jestem i mam to, co mam. I dzięki tobie zostanę najszczęśliwszą kobietą na świecie.

- Kath, ja… To ja powinienem ci dziękować za to, że mnie zmieniłaś. Dokonałaś niemożliwego i zmieniłaś moje serce z bryły lodu w prawdziwe bijące i zdolne do kochania serce. – Musnął jej mokre od łez wargi, bo nigdy wcześniej nie słyszała z jego ust czegoś piękniejszego. Złapał ją za drżącą dłoń i przyłożył ją do serca. – Słyszysz? Ono bije tylko dla ciebie i dla naszej, małej księżniczki.

piątek, 27 lutego 2015

szczęściarz

___________________________________________

- Tatusiu, ale ja chcę psa! Teraz! – Piskliwy głos Anabelle wyrwał go z rozmyśleń, kiedy zapinał ją pasami bezpieczeństwa, po wcześniejszym umieszczeniu w foteliku. 

Dziewczynka spojrzała na niego swoimi dużymi, brązowymi oczkami, wydymając uroczo wargi. Jak na prawdziwą córeczkę tatusia przystało, skrzyżowała ręce na klatce piersiowej, oczekując od niego pozytywnej odpowiedzi. Westchnął głośno, poprawiając pas i kucnął obok auta, ujmując jej malutką rączkę.

- Kochanie, mówiłem ci już, że najpierw musimy się przeprowadzić. Pamiętasz? – Ucałował wierzch dłoni córki spierzchniętymi wargami, ale to nie przekonało małej buntowniczki.

- Obiecałeś! Ty wcale nie chcesz pieska! – Podniosła głos, który w efekcie stał się jeszcze bardziej piskliwy, zwracając uwagę przechodniów. No pięknie, jeszcze tego brakowało, by prasa dowiedziała się, że nie radził sobie z własnym dzieckiem.

Zaklął pod nosem w taki sposób, by Młoda niczego nie usłyszała i uniósł jej podbródek, dostrzegając dwie malutkie łezki w kącikach jej pięknych oczu. Otarł je kciukiem, uśmiechając się lekko, bo nienawidził, kiedy ona płakała. Była jego oczkiem w głowie, jedyną i najważniejszą kobietą w życiu, więc nie mógł jej kolejny raz odmówić.

- Dobrze, już dobrze. – Spojrzał w jej roziskrzone oczy, które wręcz błagały go, by już, teraz, zaraz jechać do schroniska. – Ale obiecasz mi coś, zgoda? – Anabelle pokręciła twierdząco główką, a kilka jasnych loków opadło na jej niewinną twarzyczkę. – Jutro po przedszkolu pojedziemy do schroniska, bo dzisiaj już jest zamknięte, ale obiecasz mi, że będziesz grzeczną dziewczynką, okej?

- Jutro, jutro, tak! Będę, tatusiu! Kocham cię! – Dziewczynka skradła mu całusa, podskakując w miejscu, a kąciki jej ust automatycznie poszybowały w górę.

Bill z zaciekawieniem przyglądał się jej reakcjom na różne bodźce i uśmiechał się równie szeroko, bo za każdym razem, kiedy dziewczynka się śmiała, on przypominał sobie, jak uroczo śmiała się jej matka. A potem boleśnie uświadamiał sobie, że przecież ona już nie wróci i nie ma co się łudzić. Doskonale wiedział, że jeszcze przyjdzie taki dzień, kiedy Bella zapyta, gdzie jest mamusia, a tłumaczenie, że wyjechała i niedługo wróci po prostu nie wystarczy. Każdą wolną chwilę poświęcał na rozmowach z samym sobą i układaniu ewentualnego monologu, który wytłumaczyłby małej Anabelle, gdzie tak naprawdę jest mama i czemu nie mieszka z nimi, jak mamusie innych dziewczynek. Setki razy wymyślał nowe, mniej bolesne scenariusze tej rozmowy, ale za każdym razem stwierdzał, że to beznadziejne i że jeszcze ma dużo czasu, a przecież dziecięca ciekawość jest jak wulkan i nikt nie wie, kiedy nastąpi erupcja i Młodej przypomni się, by zadać to niewygodne dla niego pytanie, a wtedy będzie musiał powiedzieć jej prawdę, że Emily wybrała inną rodzinę…

(…)

Po zahaczeniu jeszcze o market, gdzie zrobili zakupy spożywcze i kupili mini wyprawkę dla nowego członka rodziny, wszedł do mieszkania w jednej ręce trzymając siatki z zakupami, a drugą przytrzymywał delikatne ciałko Anabelle. Tuż po przekroczeniu mieszkania postawił ją na ziemię, a zakupy odstawił w bezpieczne miejsce, by przypadkiem nie stłuc jajek czy szklanej butelki z sokiem. Dziewczynka od razu rzuciła się do reklamówki z wizerunkiem psa, wyciągając z niej najróżniejsze rzeczy: dwie miski do wody i karmy, smycz, obrożę oraz niewielkich rozmiarów koc, który miał służyć za legowisko psa.

- Tatusiu, zobacz! Tutaj będzie spał nasz piesek! – Podekscytowana Anabelle wskazała na środek pokoju, gdzie ułożyła koc i miski, a on zaśmiał się, kucając tuż obok niej.

- Kochanie, ale piesek nie może spać na środku pokoju. Zobacz, tutaj jest idealne miejsce. Będzie mu ciepło. – Przesunął legowisko bliżej kaloryfera, na co dziewczynka z chęcią się zgodziła.

- Masz rację, bo nie chcemy, by się przeziębił, prawda?

- Nie chcemy. – Zgodził się z nią, wstając z kucek i kierując się do kuchni. – A teraz chodź, pomożesz mi zrobić kolację.
*

Nazajutrz, po skończonej sesji nagraniowej nowego materiału na nadchodzącą płytę, wyszedł ze studia, by móc odebrać Anabelle z przedszkola. Dziewczynka już od rana nie mogła się doczekać, aż Bill po nią przyjedzie, bo to oznaczać będzie jedno – wyprawę do schroniska. Na samą myśl o jej przeszczęśliwej minie, kiedy rankiem wychodzili z mieszkania uśmiechał się, a to dopiero przedsmak jej radości. Zaparkował tuż niedaleko prywatnego przedszkola Donald, zauważając znajomą burzę blond loków wypatrującą przez okno. Pomachał jej radośnie, a po chwili dziewczynka zniknęła z pola widzenia, by w pośpiechu założyć kurtkę i zasznurować buty.

- W końcu jesteś! – Uśmiechnęła się do niego szeroko, podając mu swój różowy plecak. Nigdy wcześniej nie przypuszczał, że będzie paradował po mieście z różowym tornistrem z lalką Barbie i wolał nie wiedzieć, jak w rzeczywistości wygląda.

- Gotowa? – Złapał ją za rękę, a Bella jeszcze pożegnała się z ulubioną przedszkolanką, machając jej z oddali. – No to w drogę!

- Ale jedziemy po pieska, tak? – Kolejny raz zapytała, by mieć stuprocentową pewność, że właśnie dzisiaj spełni się jej największe marzenie o posiadaniu zwierzątka.

- Tak, kochanie. Jedziemy po pieska.

Po 20 minutach drogi zaparkował pod schroniskiem na obrzeżach miasta, które cieszyło się największą renomą. To właśnie na to miejsce przeznaczał kilkaset euro rocznie, by w jakimś stopniu poprawić komfort życia tym wszystkim porzuconym psom i kotom. Wysiadł z samochodu, podchodząc do tylnych drzwi, by otworzyć je przed zniecierpliwioną i podekscytowaną dziewczynką.

- Bella, masz być grzeczna i nie biegać między kojcami, bo pieski nie lubią hałasu. – Ucałował jej czoło i złapał za rękę, by Młoda nie oddaliła się od niego zbyt daleko. Widział w jej oczach iskierki szczęścia, kiedy przyglądała się zamkniętym w boksach psiakom, a także niekontrolowaną chęć zabrania ich wszystkich do domu. Zaśmiał się pod nosem, bo akurat tę cechę odziedziczyła po nim.

W pewnej chwili Anabelle zatrzymała się pod jedną z klatek, w której siedział malutki jamnik. Beznamiętnym wzrokiem wpatrywał się w świat na zewnątrz i nawet nie zareagował, kiedy dziewczynka kucnęła przed klatką, wyciągając do niego ciekawsko rączkę. Trzymał się na dystans, jednak nie opierał się długo i kilka sekund później łasił się do niej, ufnie wtulając łepek w jej ciepłą dłoń.

- Tatusiu, zobacz! Chcę tego pieska! – Szarpnęła go za rękaw kurtki, by zwrócić jego uwagę na najsłodsze zwierzątko świata, jakie było jej dane zobaczyć. – Jest piękny, zobacz! Zobacz, jakie ma oczka! A jakie malutkie uszka! Ojej, polizał mnie! - Zaśmiała się, na co pies od razu zareagował i śmiesznie przekręcił łepek, wsłuchując się w jej melodyjny śmiech.

- Jesteś pewna? Wiesz, że jak weźmiemy jego to nie będziesz mogła go wymienić? I chyba cię polubił. – Bill kucnął obok niej, by przyjrzeć się potencjalnemu towarzyszowi, a jego mina mówiła wszystko i gdybyś go teraz zobaczyła, nie miałabyś złudzeń, że jest rozczulony do granic możliwości.

- Tak, tak! On wraca z nami do domu!

- Dobrze, to poczekaj na mnie, a ja pójdę po kogoś, kto nam pomoże.

Rozejrzał się po okolicy w poszukiwaniu jakiegoś pracownika, ale jak na złość, nikogo nie widział. Skierował się więc w głąb schroniska, gdzie dojrzał niewielkich rozmiarów budynek, który najpewniej służył za biuro. Nie mylił się. Stanął tuż pod drzwiami opatrzonymi odpowiednią tabliczką i zapukał lekko, wchodząc do środka. Za biurkiem siedziała młoda kobieta w zielonym uniformie z logiem schroniska, więc wytłumaczył jej, po co przyjechał, uśmiechając się szeroko raz po raz. Doskonale zdawał sobie sprawę, że swoją obecnością ją zawstydzał, ale przecież nie robił niczego specjalnego, a jednak kobieta na każde jego słowo reagowała dorodnym rumieńcem, który przyjemnie łechtał jego ego.

Przez chwilę rozmawiali o psiaku, który miał stać się częścią ich rodziny. Okazało się, że jamnik wabił się Szczęściarz, a swoje imię zawdzięczał szczęściu, jakie mu dopisało, kiedy jedna z wolontariuszek znalazła go w lesie na granicy wygłodzenia. Jakaś bestia przywiązała go do drzewa z grubym sznurem owiniętym wokół małego pyszczka, zmniejszając jego szanse na przeżycie do minimum, a w ostatniej chwili, naprawdę ostatniej, nadeszła pomoc.

- Czyli rozumiem, że nie będzie problemu z zabraniem dzisiaj Szczęściarza do domu? – Chciał się upewnić, na co rudowłosa – jak się okazało – wolontariuszka skinęła twierdząco głową. – Super! – Zadowolony z przebiegu sytuacji klasnął w dłonie, odsłaniając rząd idealnie białych, choć nie do końca równych zębów.

- Proszę tylko wypełnić odpowiedni dokument, a ja w tym czasie przygotuję Szczęściarza do podróży. – Uśmiechnęła się do niego szeroko, po czym speszona odwróciła wzrok, by zając się psem, z czego mała Anabelle nie była zadowolona.

- Tatusiu, ta pani zabiera mi Szczęściarza! – Donośny i piskliwy lament blondynki zwrócił jego uwagę, kiedy starannie wypełniał podanie o adopcję w trybie przyśpieszonym. Odłożył długopis i podszedł do córki, by ją uspokoić, licząc się z tym, że nie będzie łatwo.

- Kochanie, pani nie zabiera Szczęściarza na zawsze. Za chwileczkę z nim wróci, byśmy mogli zabrać go do domu. – Uśmiechnął się do niej promiennie, poprawiając opadające blond loczki na jej zmartwioną buźkę i ucałował zanoszące się płaczem wargi. – Chodź, poczekamy w biurze.

I odtąd Szczęściarz znalazł się w ich dwuosobowej rodzinie, stając się księciem jego małej księżniczki. Z dumą patrzył, jak Anabelle uczyła go różnych komend i nagradzała psimi smakołykami, a kiedy zasypiała z nim w jednym łóżku, dzieląc poduszkę, nie miał serca zanosić go na swoje posłanie, ale oprócz tego w jego – a w zasadzie w ich życiu – zmieniła się jeszcze jedna rzecz. Mianowicie poznał kogoś, kto doceniał i pokochał jego prawdziwą twarz, a nie tę sztucznie wykreowaną przez media. Znalazł osobę, która mimo pełnej listy jego wad i niedoskonałości, zaakceptowała w pełni to, że to nadal Anabelle będzie dla niego najważniejsza i nic tego nie zmieni, a przede wszystkim znalazł kobietę, która pokochała nie tylko jego, ale i Anabelle, stając się dla niej początkowo ciocią, a potem mamą.

...Mię poznał w schronisku. Tak, to ta sama kobieta, która pomagała im przy adopcji.

Na początku nie wiedział, czy to zwykłe zauroczenie, czy może coś więcej. Nie wiedział, czego oczekiwać od tej relacji, ale z biegiem czasu uświadomił sobie, jak ważną osobą w jego życiu stała się ta urocza rudowłosa piękność. Uwielbiał jej charakterystyczny śmiech i poczucie humoru. Uwielbiał to, że traktowała go jak normalnego faceta, a nie kogoś, kto ma miliony na koncie i choć początkowo strasznie stresowała się spotkaniami z nim, to z każdą kolejną randką ufała mu coraz bardziej i oraz bardziej się przed nim otwierała. On zresztą też pozwalał jej bardziej wkraczać za mur, którym odgrodził się od reszty świata. Pozwolił jej na stałe zadomowić się w jego mieszkaniu, a co najważniejsze – w sercu, bo gdzieś wewnątrz siebie czuł, że to ta jedyna, a on w końcu – raz na zawsze – wyleczył się z miłości do kobiety, która zostawiła go i ich dziecko, oddając swoje serce Mii.

*

Rok później…

- O czym myślisz? – Kobieca dłoń nieśpiesznie przesunęła po odkrytym barku, powodując u niego gęsią skórkę. Odstawił kubek z gorącą herbatą w bezpieczne miejsce i odwrócił się w jej kierunku. – Anabelle zasnęła. – Mia uśmiechnęła się szeroko, składając na jego policzku słodkiego całusa.

- Myślę o mojej pierwszej wizycie w Psim Zakątku. – Ujął jej dłoń, wplątując swoje palce pomiędzy jej. – I zastanawiam się, jakby wyglądało moje życie, gdybym wybrał inne schronisko. – Wyszczerzył się, a Mia wymierzyła mu kuksańca w bok. – Ała! To bolało!

- Wolisz wizję mniej czy bardziej optymistyczną? – Zaśmiała się, stając na palcach, by dosięgnąć jego ust. Ucałowała je przelotnie, chowając się w ciepłych ramionach mężczyzny. Tuż koło ucha usłyszała jego niski szept, potwierdzający chęć usłyszenia tej optymistycznej wersji. – No dobrze… Więc zamiast spędzać wieczoru ze mną, siedziałbyś samotnie popijając herbatę, którą musiałeś zrobić sobie sam… Nocami nie miałbyś do kogo się przytulić…

- Myślisz, że wciąż byłbym samotny? – Przygryzł wargę, wpatrując się w jej duże, niebieskie oczy. – W sumie… Pewnie byłbym, bo mało kto wytrzymałby ze mną tyle czasu. – Wybuchł śmiechem, a jego chłodne dłonie wsunęły się pod materiał jej zwiewnej koszulki.

- Myślę, że powinniśmy w końcu wypróbować ten nowy, kuchenny stół. Nawet nie wiesz, jak bardzo tego chcę. – Wysunęła się z jego objęć złapała mocniej za rękę, by poprowadzić go do miejsca ich przyszłego, bardzo namiętnego grzeszku. – I myślę, że jesteś prawdziwym szczęściarzem, Billy. – Ucałowała jego spierzchnięte wargi raz jeszcze, uśmiechając się kokieteryjnie i zachęcająco.

Bo nigdy nie wiesz, gdzie spotkasz miłość swojego życia. Nie wiesz, czy będzie to schronisko dla zwierząt, czy może supermarket. Nie wiesz, czy akurat będziesz wybierał marchewkę na obiad, kiedy dostrzeżesz tę osobę, której pozwolisz wtargnąć do swojego życia i której pozwolisz zmienić to życie na lepsze. Bo miłość nie zna ani dnia ani godziny. Atakuje znienacka, byś nie mógł się przed nią obronić.


sobota, 7 lutego 2015

list do m

___________________________________________

Paryż. Miasto miłości.

Jedni przyjeżdżają tu, by znaleźć miłość, a inni wręcz przeciwnie – zapomnieć o niej. Jedni spacerują najbardziej znanymi ulicami, rozglądając się w poszukiwaniu ciekawych znajomości, a inni szukają chwili wytchnienia i samotności. Jedni robią sobie zdjęcia na tle wieży Eiffla i dzielą się nimi z bliskimi, podczas gdy inni nie dostrzegają jej uroku. Ba, nie dostrzegają niczego, bo są zbyt mocno zajęci sobą i swoimi problemami. Rozpamiętują to, co złe. Wracają do przeszłości i do odległej rzeczywistości, w której byli szczęśliwi, bo teraz tylko to im pozostało. Udają przed światem, że wszystko w porządku, a gdy nikt nie widzi, dają upust skumulowanym emocjom. Płaczą, krzyczą, za swoje niepowodzenie obwiniają cały świat.

Taki właśnie jestem.

Spaceruję właśnie ulicami Paryża. Mijam zakochanych w sobie ludzi. Mijam szczęśliwe rodziny z dziećmi. Mijam także kilka par z naprawdę długim stażem i podziwiam ich wciąż trwającą miłość. Mijam witryny sklepowe, które przepełnione są walentynkowymi gadżetami. Od lizaków z napisem kocham cię, po miśki, serduszka i inne komercyjne pierdoły. Nienawidzę walentynek. Nie obchodzę ich. Szczerze powiedziawszy, moje życie nikogo już nie obchodzi, bo czy przejęłabyś się informacją o mojej śmierci?

Odpowiem za ciebie – nie, nie przejęłabyś się. Nie płakałabyś za mną. Nie przyjechałabyś na mój pogrzeb. Nie złożyłabyś ani jednego, zasranego kwiatu na moim grobie. Nie zapaliłabyś nawet głupiego znicza, bo dla ciebie przecież nie istnieję. Żyję własnym życiem, gdzieś daleko od rodzinnych Niemiec. Od czasu mojej wyprowadzki nawet do mnie nie zadzwoniłaś. Ba, on też nie zadzwonił. To takie zajebiste uczucie, kiedy rodzony brat ma cię głęboko w dupie, nie uważasz? Wróć, ty nie masz rodzeństwa, więc nie wiesz, jaki to ból, kiedy ktoś, z kimś dzieliłaś 25 lat życia, nagle przestaje cię dostrzegać. Nie pyta, nie dzwoni, nie odpisuje na setki wiadomości. Dla niego jestem niewidzialny, a przecież usunąłem się z waszego życia, by nikomu nie zawadzać. I masz ci los. Jestem niewidzialny. Właśnie tak się czuję. Odrzucony przez brata bliźniaka, a przecież to on skrzywdził mnie, a nie ja jego. Paradoks.

Spaceruję dzielnie przed siebie, a w moich myślach układają się przepiękne obrazy. Pamiętasz jeszcze nasz pierwszy wyjazd do Paryża? Byłaś taka szczęśliwa, kiedy powiedziałem ci, że spędzimy tam weekend. Tylko ty i ja. Z dala od domu. Bez telefonów. Bez Internetu. Tylko my dwoje. Pamiętam twoje pięknie niebieskie oczy, które z niedowierzaniem wpatrywały się w moje. Nie wierzyłaś mi, a potem ja dałem ci bilety lotnicze wraz z mapą Paryża, byś mogła zaplanować swoją wycieczkę marzeń. Pamiętasz to? Bo ja doskonale.

A pamiętasz pierwszą oficjalną imprezę branżową, na którą cię zabrałem? Bałaś się, tak cholernie i mocno bałaś się pojawić u mojego boku, ale to był słuszny strach. Strach przed moimi fankami, ale przyznaj – nie było tak źle? Byłem taki dumny, kiedy z uśmiechem pozowaliśmy na ściance. Pamiętasz, jak mocniej cię objąłem i jak musnąłem twoje wargi, kiedy światła fleszy przestały razić nas w oczy? Byłem przepełniony dumą i radością. Pamiętasz to? Bo ja wciąż nie mogę tego zapomnieć.

Nie mogę też zapomnieć pierwszego razu, na który czekałem z utęsknieniem. W myślach setki razy układałem sobie wszystko to, czym chciałem obdarować twoje ciało tamtej nocy. Pamiętam każdy twój jęk. Każde mgliste spojrzenie. Każdy dotyk na mojej gorącej skórze. Pamiętam jak drżałaś tuż po, kiedy opadłem na twoje ciało, miażdżąc twoje usta w gorącym pocałunku. Doskonale to pamiętasz, prawda? Ale ty wybrałaś jego. To z nim chciałaś się kochać każdej nocy. To jego imię chciałaś krzyczeć. Nie moje. Ja byłem tylko zabawką. Kimś, kto pomoże ci osiągnąć swój cel. Zabawiłaś się mną. Rozkochałaś w sobie, a potem zrobiłaś to. Zdradziłaś mnie z nim. Z własnym, pieprzonym bratem! Kurwa, czy kiedykolwiek mnie kochałaś?! Nie! Bo byłem tylko jebaną zabawką na twojej drodze do jego serca! Nic nie znaczącym pionkiem w grze o jego uwagę! Ale powiedz mi jedną rzecz, jedną jedyną, której nie potrafię, kurwa, zrozumieć – dlaczego od razu nie zaczęłaś się z nim spotykać? Dlaczego to ja musiałem być waszym łącznikiem, choć wcale się na to nie godziłem? 

Powiedz mi, proszę…

Upadam. Łzy ograniczają mi widoczność do wielkiej, rozmazanej plamy. Nie widzę żadnych konturów. Nie wiem, gdzie jestem. Znów nie kontroluję własnych emocji, bo nie potrafię. Najzwyczajniej w świecie nie potrafię. Kocham cię do granic moich możliwości i jeszcze bardziej, a ty – jestem pewien – że właśnie teraz pierdolisz się z moim bratem. Hej, pozdrów go! Zapytaj, czy jeszcze mnie pamięta, i czy oprócz wspólnego nazwiska i rodziny coś nas jeszcze łączy?!

Widzisz, co ze mną zrobiłaś? Jestem beznadziejny w swojej beznadziejności. Topię się w nadmiarze własnych, kurewsko bolesnych myśli o tobie. Zalewam żołądek alkoholem, by choć na moment zapomnieć o twoich płomiennie rudych oczach. O pięknych i dużych, niebieskich oczach. O idealnie skrojonych wargach, które prawie zawsze muśnięte były różanym błyszczykiem. Wciąż pamiętam twój zapach – mieszankę wanilii, piżma, drzewa cedrowego i świeżych malin. Tylko ty tak pachniałaś. Tylko na tobie ten zapach rozkwitał w pełni. Wiesz, zawsze kiedy jestem na zakupach, idę do perfumerii, by psiknąć się tym zapachem. Pracownice patrzą na mnie z politowaniem, bo ja – facet – psikam się babskimi perfumami, ale robię to dla ciebie. Tylko po to, byś była obecna. Obecna w moim szalenie nieszczęśliwym życiu. Kolejny paradoks.

Moje życie składa się z paradoksów. Z jednej strony chcę, żebyś była moja i tylko moja, z drugiej strony nienawidzę cię tak mocno. Widzisz? Tylko przez ciebie każdego dnia przeżywam ambiwalencję uczuć. Balansuję na krawędzi zdrowych zmysłów a choroby psychicznej. To właśnie przez ciebie straciłem dorobek całego życia. Straciłem brata. Straciłem zespół. Straciłem ciebie. Zastanawiam się czasami, co media napisałby o mojej śmierci. Czy w ogóle ktoś by się tym zainteresował? Zamknij oczy i wyobraź sobie nagłówki niemieckich i światowych gazet.

Fani Tokio Hotel w żałobie.
Bill Kaulitz popełnił samobójstwo.
Wokalista Tokio Hotel nie żyje.

Śmieję się z tego, ale w mojej sytuacji to bardzo realna wizja… Waham się pomiędzy sposobem skrócenia swoich katuszy. Jak myślisz, co powinienem wybrać? Cichą śmierć przez zapicie środków nasennych wódką, czy może coś bardziej spektakularnego, jak skok z wysokiego budynku? O tak! To byłoby zajebiste! Oczywiście wcześniej zadzwoniłbym do ciebie, byś przyleciała do Paryża i mogła podziwiać, w jaki fenomenalny sposób kończę ze sobą. Widzisz? To wszystko przez ciebie.

Wystraszyłem cię?

Ale nie martw się. Teraz nie jestem taki odważny. Boję się śmierci. Nie chcę jeszcze umierać. Może i jestem masochistą, ale uwielbiam broczyć się we wspomnieniach. Wracam do nich każdego dnia i każdej pieprzonej nocy bez ciebie i wiesz co? Przede mną 458 samotna noc. Prosty rachunek matematyczny daje ponad rok i cztery miesiące. Tyle gnije w tym bagnie zwanym niespełnioną miłością. A wiesz co jest najgorsze? Że moim bólom nie widać końca. W takich momentach jak ten, uwielbiam, wręcz kocham rozdrapywać swoje rany na nowo.

Wszedł do mieszkania najciszej, jak tylko potrafił. Z uśmiechem na ustach delikatnie, jakby w obawie przed zbędnym hałasem zamknął drzwi. Zdjął buty, a kurtkę odwiesił na wieszaku. Dzisiaj wcześniej skończył sesję nagraniową do nadchodzącego albumu, co równało się z większą ilością czasu, które mógł jej poświęcić. Rozradowany i naładowany pozytywną energią wszedł w głąb mieszkania, które porażało go dziwną ciszą. Nie grało żadne radio, a przecież ona uwielbiała je słuchać. Przez chwilę myślał nawet, że gdzieś wyszła, ale jej buty i torebka stały na swoim miejscu.

Im dalej wchodził w głąb mieszkania, tym głośniejsze jęki i westchnienia dochodziły jego uszu. Uśmiechnął się pod nosem, bo dźwięki te były stłumione jakby przez poduszkę, co – w jego ocenie - oznaczało, że sąsiad spod piątki nieźle bawił się w asyście filmów dla dorosłych.

Och, gdyby wiedział, że to nie sąsiad ma tyle frajdy, nie otworzyłby tych pieprzonych drzwi od sypialni.

Ułożył swoją dłoń na klamce, naciskając lekko. Drzwi pod jego naporem skrzypnęły cicho, a on stanął w progu. Z jego twarzy zniknął uśmiech na rzecz zaszokowania. Źrenice zwęziły się niebezpiecznie, a jego serce jakby na moment przestało bić. Minęła dobra minuta, nim z powrotem odzyskał zdolność mówienia i reagowania na bodźce.

- Co, kurwa… – Szepnął zaszokowany, wpatrując się w tęczówki dokładnie tego samego koloru, co jego własne.

Nie wierzył. Po prostu nie wierzył. Wybuchł gromkim śmiechem, a potem uszczypnął się w ramię. Raz, drugi, trzeci, ale para kochających się ludzi nie znikała. To nie był sen. To rzeczywistość brutalna i ostra niczym żyletka.

- Ty! – Wskazał oskarżycielsko na równie zaszokowanego Toma. – Jak mogłeś?!

W przypływie adrenaliny rzucił się na niego z pięściami, uderzając gdzie popadnie. Nie zważał na to, że prawdopodobnie złamał mu nos. Nie zważał na cieknącą po jego skroni krew, po prostu uderzał, by wyzbyć się negatywnych emocji. Dziewczyna płakała, a Tom poddawał się jego ciosom bez żadnego oporu.

- Billy, przestań! Wytłumaczę ci to! – W jego uszach głośno pulsowała krew, a gdzieś pomiędzy jednym głuchym uderzeniem, a kolejnym, docierał do niego jej przestraszony głos. Oderwał się od twarzy bliźniaka, patrząc na nią. Jego wzrok wiercił jej dziurę w brzuchu. Był tak cholernie przenikliwy, jak jeszcze nigdy wcześniej.

Wolnym krokiem podszedł do nagiej dziewczyny, dotykając jej policzka, na którym zostawił czerwony i ciepły ślad – jego krew. Uśmiechnął się szaleńczo, a chwilę potem wymierzył jej siarczysty policzek. Przymknęła z żalem powieki, a jej głowa zderzyła brutalnie z twardą ścianą. Syknęła z bólu, spoglądając na Billa. Jego twarz nie wyrażała żadnych emocji, za to ona nie mogła już powstrzymać łez. Potem wszystko działo się tak szybko, że nawet nie zarejestrowała momentu, w którym Tom rzucił się na brata, przypierając go mocno do ściany. Tym razem to od dominował, bo nienawidził, wręcz brzydził się damskimi bokserami. Miał w dupie to, że złamie mu jego idealny nos. Musiał oddać mu z nawiązką za to, że odważył się podnieść dłoń na kobietę. Musiał.

- Wypierdalać. Mi. Stąd. Obydwoje. – Syknął Bill, wściekle patrząc w półprzymknięte oczy brata.

Krew sączyła się po jego brodzie, kapiąc na jasne ubrania. Uścisk Toma zelżał, a szatyn w milczeniu podniósł swoje rzeczy, założył je i po prostu wyszedł. Trzask drzwi, który im zafundował jeszcze przez chwilę odbijał się echem od ścian.

- Billy, to nie tak jak myślisz. – Zaczęła, podchodząc do niego.

- A jak?! Wytłumacz mi jak! – Nie panował nad swoimi emocjami. Krzyczał na nią, by po chwili ostatni raz zatopić się w jej malinowych ustach.

Całował ją zachłannie, wręcz miażdżąc jej delikatne wargi. Nie zważał na rdzenny posmak krwi w ustach, nie zważał na nic. Po prostu chciał ostatni raz czuć jej bliskość, by po skończonej pieszczocie odsunąć ją gwałtownie od siebie i kazać wypierdalać.

Doskonale to pamiętasz, prawda? Wyobraź sobie, że moje serce w tamtej chwili pękło na miliardy małych kawałeczków, których żadna siła ziemska nie jest w stanie złożyć. Serce to dla mnie narząd, który tylko pompuje krew. Nic więcej. Zdradzając mnie, zabrałaś moje serce. To jedyne i prawdziwe, które potrafiło kochać. Kochać tak mocno jak nigdy wcześniej. Teraz jestem pusty. Wybrakowany. Jesteś blizną wszystkiego tego, w co uparcie wierzyłem. Jesteś cholernie pulsującą i bolącą raną w mojej piersi. Jesteś moją niespełnioną miłością, o której nie potrafię zapomnieć.

Ale wiesz co? Jeszcze przyjdzie taki dzień, kiedy stanę z tobą twarzą w twarz. Kiedy będę w stanie, bez żadnego bólu i niepotrzebnych emocji, spojrzeć ci w oczy. Kiedy moja dusza zostanie uleczona  i pozbawiona skazy w postaci wspomnień. I ty doskonale wiesz, co to będzie za dzień.

Dzień, w którym jakiś frajer znajdzie moje zimne ciało. Nieważne, gdzie, ale znajdzie. Powiadomi ciebie i Toma, a kiedy przyjedziecie na identyfikację zwłok, ja będę stał obok ciebie. Będę wpatrywał się w twoje oczy, bo będę martwy. Martwy przez miłość do ciebie. Umrę, by zaznać spokoju. Umrę w samotności, bo na nią mnie skazałaś, ale wiedz jedno – za to wszystko będziesz smażyć się w piekle. Nie, oboje będziecie i już ja o to zadbam.

Bill

piątek, 7 listopada 2014

on nie może odejść

___________________________________________

Obudził się, kiedy promienie kalifornijskiego słońca wdarły się do ich wspólnej sypialni przez uchylone okno. Mruknął niezadowolony, przeciągając się wśród satynowej pościeli. Jego dłoń automatycznie wylądowała na miejscu, gdzie zawsze spał jego partner – było jeszcze ciepłe, co znaczyło, że Bill wstał całkiem niedawno. Uśmiechnął się, po czym jednym, zwinnym ruchem podniósł się z łóżka. Wsunął stopy w miękkie kapcie i rozejrzał się, by odszukać koszulkę, którą wczorajszego wieczora w porywie namiętności, zrzucił z niego blondyn. Nigdzie jej nie dostrzegł, ale domyślił się, że pewnie zobaczy Billa paradującego w niej po kuchni. Oczami wyobraźni już widział, jak zsuwa ją z chudego ciała chłopaka i sadza go na kuchennym blacie. Ughh, Tom! Jeszcze ci mało?! Skarcił się w myślach i udał w kierunku kuchni, skąd dobiegały ciche odgłosy radia i pomruki Billa. Stanął w futrynie obserwując, jak blondyn poruszał biodrami w rytm muzyki i śpiewał pod nosem. Miał na sobie jego koszulkę, która – fakt - wisiała na jego szczupłym ciele, zakrywając pośladki – ale wyglądała na nim oszałamiająco. Szatyn cichutko pokonał dystans dzielący go od Billa i ułożył swoje duże, silne dłonie na biodrach chłopaka. Ten podskoczył wystraszony, a nóż, którym kroił pomidora, upadł na kafelkową podłogę.

- Czy ty jesteś normalny?! – blondyn syknął wściekle, odwracając się w kierunku rozhasanego Toma. Jego grobowa mina jeszcze bardziej rozśmieszyła szatyna, który w geście obrony ucałował drżące ze zdenerwowania, malinowe usta Billa – mhmmm, wariat… - mruknął przeciągle, jeszcze bardziej przybliżając do siebie Toma. Wsunął szczupłe palce w rozpuszczone włosy swojego mężczyzny i pogłębił pocałunek. Kilka sekund namiętnej pieszczoty wystarczyło, by oboje poczuli fale rozchodzącego się w podbrzuszu gorąca. Oderwali się od siebie, a ich zaróżowione policzki idealnie współgrały z pastelowym wystrojem aneksu kuchennego. Każdy z nich zajął się czymś, byleby tylko odepchnąć od siebie niegrzeczne myśli – Tom nastawił wodę na kawę i do wysokich, białych kubków nasypał solidną porcję rozpuszczalnej kawy, z kolei Bill dokończył krojenie pomidorów, by starannie ułożyć je na wcześniej przygotowanych kanapkach z szynką i serem. Talerz z jedzeniem wylądował na drewnianym stole, a chwilę potem Tom ustawił obok niego dwa kubki z gorącą kawą. Jedną białą z odrobiną cukru dla Billa i czarną dla siebie. Uśmiechnął się szeroko do chłopaka pochłoniętego jedzeniem kanapki.

- Smacznego! – wyszczerzył zęby w jeszcze większym uśmiechu i zatopił wargi w życiodajnej cieczy. Lekko gorzkawy smak kawy zawsze stawiał go na nogi, nieważne jak długą i jak intensywną noc  miał za sobą. Dłuższą chwilę przyglądał się jedzącemu chłopakowi. Był piękny. Jego muśnięta słońcem skóra idealnie współgrała z jasnymi włosami, a brązowe oczy dodawały mu tajemniczości. W dodatku ten uśmiech – tak szeroki, że czasami w momentach napadu niekontrolowanej głupawki przypominał Azjatę. Kochał go całym sobą. Tak, Tom Kaulitz powszechnie znany jako kobieciarz i flirciarz zakochał się w mężczyźnie, ale to nie było ważne. Ważne było to, że byli dla siebie całym światem. Byli jak najbardziej zgodne rodzeństwo, jak najlepsi przyjaciele. Z rozmyśleń wyrwał go Bill machający mu przed oczyma kanapką. Posłusznie otworzył usta i ugryzł kawałek białego pieczywa. Chwilę potem pomidorowy sok spływał pomiędzy długimi palcami blondyna. Ten tylko bezpardonowo wsunął dwa palce do ust i oblizał czerwonawą ciecz. O cholera! W tym ruchu było tyle erotyzmu, aż coś ponownie zapulsowało w jego podbrzuszu. Nim się zorientował, Bill uciekł do łazienki, a on siedział na niewygodnym, kuchennym krześle, wpatrując się w swój rosnący problem. Przeklęcie seksowny Bill!

*

Było już po dziesiątej, kiedy leniwie zsunął się z kanapy, by ogarnąć się do wyjazdu. Czekała go co najmniej czterogodzinna jazda z Los Angeles do stolicy stanu, Sacramento. Wymyślił sobie, że pobawi się w mechanika i wymieni kilka części w swoim sportowym aucie, a tylko tam znalazł interesujące go części. Rozejrzał się po przestronnym salonie, dostrzegając siedzącego w fotelu Billa. Miał dziwną minę i widocznie nerwowo oddychał. Podszedł do blondyna, zmuszając go, by na niego spojrzał. Dwie pary brązowych tęczówek przenikały się wzajemnie.

- Znów miałem te dziwne bóle w okolicy klatki piersiowej… - przesunął palcami po zmiętym materiale białej koszulki – ostatnim razem, kiedy się pojawiły, miałeś stłuczkę, a innym razem, o mały włos, jakiś debil nie przejechał cię na pasach… - spojrzał na Toma wzrokiem pełnym troski i przerażenia. Jego intuicja jeszcze nigdy go nie zawiodła, a czuł, że dzisiaj wydarzy się coś złego. Szatyn pokręcił z dezaprobatą głową, siadając na podłodze obok swojego chłopaka.

- Przesadzasz, Billy – uśmiechnął się lekko, chociaż sam był przerażony. Nie byli ze sobą spokrewnieni, ale zdarzało się, że jeden z nich przeczuwał nagłe wypadki. Starał się odgonić od siebie te złe myśli, by pocieszyć partnera. Nie szło mu najlepiej, a kiedy zobaczył w oczach Billa łzy, nie wytrzymał. Przytulił go mocno, głaszcząc po plecach i głowie. Był bezbronny i wystraszony. A co jeśli jego przeczucia były prawdziwe i Tomowi stanie się coś złego?

- Jadę z tobą… - szepnął na tyle cicho, by Tom go usłyszał. Momentalnie przeszedł go dreszcz. Pokręcił przecząco głową i odsunął się na kilka centymetrów od drżącego ciała blondyna.

- Nie ma mowy! Nawet o tym nie myśl! – podniósł głos, choć nie chciał na niego krzyczeć. Nie teraz, kiedy jego ukochany martwił się o jego życie. Skarcił się w myślach, a Bill wpatrywał się w niego swoimi dużymi oczyma pełnymi łez – Billy, będę na siebie uważał – mruknął łagodnie, scałowując mokre ślady z jego policzków. Położył delikatnie dłonie na miejscu, które jeszcze kilka minut temu boleśnie pulsowało. Przesuwał nimi po chudej, ale umięśnionej klatce piersiowej Billa, masując ją delikatnie. Szeptał mu do ucha, by załagodzić w nim negatywne emocje. Chwilę potem maszerował już do sypialni, trzymając na rękach śpiącego chłopaka. Ułożył go po jego stronie łóżka i szczelnie okrył kołdrą. Ucałował czoło i wyszedł, cichutko zamykając za sobą drzwi.

*

Tom. Krew. Dużo krwi. Niemoc. Krzyczał, choć z jego ust nie padały żadne słowa. Biegł, ale ciągle stał w miejscu. Chciał mu pomóc, ale nie mógł. Patrzył, jak ukochany mężczyzna cierpi. Był bezsilny. Był skuty w łańcuchy, których nie mógł rozerwać. Tom umierał. Widział jego błogi uśmiech i poczucie bezpieczeństwa wymalowane na twarzy. Ich spojrzenia na chwilę się skrzyżowały, a potem tak piękne, brązowe tęczówki schowały się za opadającymi powiekami. Jego Tom umarł. Odszedł na zawsze.

- NIEEEEEE! – obudził się z krzykiem, a po jego policzkach zaczęły spływać łzy. Ten sen był tak realistyczny… Dokładnie widział w nim zakrwawione ciało Toma, jego oczy błagające o pomoc i moment, w którym serce przestało bić. Rozejrzał się po pokoju. Na dworze powoli się ściemniało, a w mieszkaniu panowała grobowa cisza. Wstał z łóżka, choć ledwo trzymał się na nogach. Swoje kroki skierował do salonu, gdzie zostawił telefon. Chwycił go w dłonie – pięć nieodebranych połączeń. Tom do niego dzwonił. Uśmiechnął się szeroko, a całe skumulowane w nim ciśnienie opadło. On żył, a jego przeczucia okazały się mylne. Wybrał tak dobrze sobie znany numer chłopaka. Jeden sygnał. Drugi. Trzeci. Po czwartym ktoś odebrał. Ktoś, kto nie był Tomem. Poznał ten głos.

- W końcu, Trümper! Ile można do ciebie dzwonić? – podenerwowany głos Georga Listinga przeszył go na wskroś. Jeszcze nigdy nie słyszał, by ten zielonooki mężczyzna był czymś tak zdenerwowany. Poczuł dziwne ukłucie w klatce piersiowej, a jego dłonie zaczęły się pocić.

- Co jest? – starał się, aby jego głos brzmiał naturalnie, ale skumulowane w nim emocje mu na to nie pozwalały. Cały dygotał z zimna.

- Tom miał wypadek… Znaczy, razem mieliśmy, bo jechałem z nim…  – Billowi zrobiło się słabo i czarno przed oczyma. Tom. Wypadek. Wypadek. Krew. Wszystkie jego myśli krążyły wokół słów Georga, który jeszcze przez chwilę rozmawiał z blondynem, a raczej z takie miał wrażenie, że z nim rozmawia. Bill wystrzelił z mieszkania, jak z procy, o mały włos nie spadając ze schodów. Wsiadł do swojego auta, którym nie jeździł wieki i z piskiem opon opuścił garaż. W ciągu tej kilkuminutowej drogi, która dla niego trwała całą wieczność, złamał tyle przepisów drogowych, że z powodzeniem mógłby odebrać nagrodę dla Najgorszego Kierowcy Ameryki.

Wbiegł na oddział ratunkowy, potrącając przy tym młodą kobietę. Rzucił jej jedynie przepraszające spojrzenie, a chwilę potem zderzył się z czyimś umięśnionym ciałem. Uniósł powieki i spojrzał na poranioną twarz Georga. Kilka szwów na skroni, parę siniaków i złamana prawa ręka. Wolał nie myśleć, w jakim stanie był jego ukochany Tommy.

- Sala dziewiętnaście, na końcu korytarza, obok łazienki – Georg spojrzał na zapłakaną twarz chłopaka i poklepał go po plecach. Będzie dobrze. Musi być. On nie może odejść. Będzie dobrze. Te dwa słowa powtarzał sobie jak mantrę. Szedł powoli, choć chciał biec. Nie miał na to siły. Oparł się o ścianę, by uspokoić oddech. Nie mógł pokazać Tomowi, jak słaby był. Chciał być silny. Dla niego.

*

Pik. Pik. Pik. Otworzył powoli oczy, a kilka sekund później gwałtownie je zamknął. Światło wypełniające pomieszczenie było dla niego zbyt ostre. Leżał tak jeszcze chwilę, nasłuchując szpitalnych odgłosów. Był podłączony do jakiejś aparatury, której nazwy nie pamiętał. Rozejrzał się po sterylnie białym pomieszczeniu, choć każdy najmniejszy ruch strasznie go bolał. Uśmiechnął się delikatnie, dostrzegając głowę śpiącego chłopaka ułożoną na wysokości podbrzusza. Dłoń Billa wpleciona była w jego własną. Miał ochotę krzyczeć z radości. Żył, choć w pewnej chwili pomyślał nawet, że trafił do piekła. Czuł dziwną nicość i pustkę, a zamiast białego światła w tunelu, widział jedynie ciemność. Niezbyt dużo pamiętał. To był ułamek sekundy, kiedy rozpędzone sportowe auto jechało wprost na nich. Paniczny ryk Georga, adrenalina buzująca w jego żyłach i agresywne manewry kierownicą. Huk! Tracąc przytomność słyszał jeszcze przerażony głos przyjaciela i głośny szloch Billa. Bill. Jego kochany blondyn. Jak mógłby go zostawić? Nie mógł odejść…

Pod ciężkimi powiekami zaczęły zbierać się łzy. Poczuł coś, czego kompletnie się nie spodziewał. Jeszcze przed kilkoma minutami Bill smacznie spał, a teraz siedział obok niego, gładząc mokre od potu czoło. Uśmiechał się, choć był to uśmiech pełen bólu, a na jego policzkach wciąż widniały zaschnięte ślady łez. Wyglądał tak niewinnie.

- Obiecałeś, że będziesz na siebie uważał… - cichy, pełen emocji głos Billa wypełnił szpitalną salę. Co powinien mu odpowiedzieć? Że miał rację? Miał cholerną rację, kolejny raz. Kolejny raz go zawiódł, ale przecież tego nie chciał. Przymknął z żalem powieki, pozwalając sobie na łzy. To pierwszy raz, kiedy tak otwarcie przy nim płakał. Szlochał, a drżąca dłoń Billa gładziła go po policzku. Chciał powiedzieć mu całą prawdę, która z każdą minutą bolesnej świadomości, coraz bardziej do niego docierała. Chciał mu powiedzieć, że chwilę przed wypadkiem coś tchnęło go, by zapiąć pasy. Zignorował to. Nigdy ich nie zapinał, więc po co miałby zrobić to teraz?

- Przepraszam… Przepraszam za wszystko, Billy – wychrypiał pomiędzy spazmatycznym płaczem. Kolejna fala dreszczy połączona z ostrym bólem w klatce piersiowej zawładnęła jego ciałem. Powoli tracił kontakt z rzeczywistością. Krzyk Billa. Kolejny głośny wrzask. Patrzył w sufit, bo nie mógł znieść zapłakanego wzroku kochanka. Raz! Dwa! Trzy! Prąd przeszył go w kilku miejscach.

- Tracimy go! Jeszcze raz! Raz! Dwa! Trzy! – błogość ogarniała jego umysł, a ciało z każdą sekundą stawało się coraz lżejsze. Unosił się ku górze, obserwując swoje ciało – No dalej, Tom! Cholerne serce, zacznij bić, bo masz dla kogo! – ktoś krzyczał, choć nie znał tego głosu.

Dostrzegł Georga tulącego do siebie roztrzęsionego Billa i kilku ratowników. Blondyn chwiejnym krokiem podszedł do łóżka i ucałował jego czoło. Chwycił mocno bezwładną dłoń, chcąc jak najdłużej czuć jego obecność. Serce nie podjęło samodzielnej pracy, musiał się z nim pożegnać. Do ostatniej chwili wierzył, że Tom z tego wyjdzie, a za chwilę będą śmiać się z jego głupoty i brawury. Wierzył, że jego dobitna reprymenda coś zmieni i następnym razem szatyn będzie ostrożniejszy. Wierzył, że jeszcze poczuje jego pełne wargi na swoich ustach i zatraci się w jego ramionach. On odszedł. Zostawił go samego. Z pękniętym sercem.

Jak to jest, że kiedy w końcu jesteśmy szczęśliwi, podstępny los zabiera nam to szczęście w najmniej oczekiwanym momencie? Staramy się ułożyć sobie życie u boku osoby, która w ciągu kilku chwil staje się jedynie mglistym wspomnieniem. Wspomnienia. To jedyne, co nam pozostało i nikt, absolutnie nikt ich nam nie zabierze. I choć pustka po śmierci kogoś bliskiego jest przytłaczająca, założę się, że ten ktoś nie chciałby, żebyśmy wciąż płakali i popadali w skrajności w skrajność. Na pewno życzyłby sobie, byśmy byli szczęśliwi. Każdy zasługuje na odrobinę radości.

____________________________________________________________________________

Przepraszam, nie mogłam inaczej zakończyć tego opowiadania... 

poniedziałek, 27 października 2014

chicago

___________________________________________

Już trzecią godzinę spacerował ulicami Wietrznego Miasta. Uwielbiał tu przebywać. W tętniącym życiem Los Angeles nie mógł sobie pozwolić na chwile refleksji, a przebywając w Chicago, te nasuwały mu się zbyt często. Czuł sentymentalną więź z tym miastem. W końcu tutaj poznał miłość swojego życia, która zniknęła wraz z jego sercem ponad cztery lata temu. Ta rana wciąż była zbyt świeża, zbyt mocno bolała, ale i tak wracał pamięcią do tamtych wydarzeń. 

Powolnym krokiem udał się w kierunku Chopin Parku, by usiąść na jednej z drewnianych ławek. Z tylniej kieszeni wyjął paczkę ulubionych Cameli i wsunął cienką rurkę pomiędzy spierzchnięte wargi. Zaciągnął się porządnie, a szare kłęby dymu stworzyły wokół niego mglistą otoczkę. Wypuścił skumulowany w płucach dym, rozglądając się po niemal pustym miejscu. Z daleka dostrzegł całującą się parę młodych ludzi, mężczyznę spacerującego z psem i drobną blondynkę. Jej długie włosy opadały na ramiona, a wiatr lekko podwiewał idealnie proste kosmyki. Serce zaczęło walić w jego piersi, choć zdawał sobie sprawę, że to tylko przywidzenia i to nie mogła być jego ukochana Mia. Przecież zniknęła bez śladu, a z wiarygodnego źródła wiedział, że wróciła do rodzinnych Niemiec. Przetarł zmęczone oczy, by pozwolić słonym łzom na swobodne spływanie po jego chudej twarzy. Nie bronił się przed tym, a niewidoczna rana w klatce piersiowej znów zaczęła boleśnie pulsować i krwawić. 


Chicago, w jej odczuciu, było jedną wielką pogodową zagadką. Właśnie teraz, kiedy wraz z córką planowała wyjść na spacer, rozpadało się i nie miało zamiaru przestać. Duże, brązowe oczka wpatrywały się w nią w taki sposób, że nie mogła im odmówić. Przygotowała ulubioną parasolkę w grochy, a na stopy wsunęła matowe Huntery. 

- Gotowa? – spojrzała na małą Amandę, która w pocie czoła zakładała swoje kalosze. Schyliła się, by pomóc dziewczynce, ale ta uporała się z bucikami i dumnie stanęła przed blondynką – no to idziemy! 

Mia pochodziła z polsko-niemieckiej rodziny i choć Amanda w życiu codziennym posługiwała się angielskim, blondynka obiecała sobie, że nauczy córkę chociaż kilku zdań, zarówno w języku polskim jak i w niemieckim. Ich śmiechom nie było końca, bo Amy i jej amerykański akcent bawiły nawet przechodniów, którzy spacerowali mniej popularnymi, chicagowskimi ulicami. W pewnym momencie zamarła. Stanęła na środku chodnika i skupiła na sobie ciekawski wzrok ludzi. Sama wpatrywała się w jeden punkt. Jak mogłaby go nie poznać? Stał może z dwieście metrów od niej, paląc papierosa. Dobrze pamiętała ich kłótnię o te trujące białe rurki, do których były już chłopak miał słabość. Świat się zatrzymał, a jej serce biło jak oszalałe. Miał na sobie szary płaszcz, ćwiekowane workery i niebieską czapkę z daszkiem. Postać chłopaka rozmyła się nagle w deszczu, a Mia nerwowo zamrugała, rozglądając się. Na ulicy była już sama. Bez gapiów… i bez Amy… 

- AMANDA! – krzyknęła, a jej nogi same porwały się do biegu. Przebiegła kilkanaście metrów, zatrzymując się na maleńkim skrzyżowaniu. Łzy mieszały się z kroplami deszczu, a w jej głowie wciąż pojawiały się nowe, coraz okrutniejsze myśli. Gdyby ktoś teraz zapytał ją, jak się czuje, bez namysłu odrzekłaby, że czuje się tak, jakby ktoś żywcem wyrwał jej serce i uciekł. Zgubiła ją. Zgubiła swoją maleńką gwiazdeczkę, która jest dla niej całym światem. Skręciła w jedną z alejek i znów dostrzegła jego postać. Tym razem, jak na ironię losu, nie był sam, a u jego boku szła mała dziewczynka, która mocno trzymała się jego szczupłej wytatuowanej dłoni. Z jednej strony nie chciała się z nim spotykać, nie po tym, czego przez nią doświadczył, ale musiała tam podejść i zabrać swoją zgubę. W pośpiechu wyciągnęła z torebki okulary przeciwsłoneczne, które miały być dla niej czymś, co uniemożliwiłoby mu jej identyfikację. Jej dłonie zaczęły drżeć, a oddech stał się niespokojny. Kto nie ryzykuje, ten nie zyskuje – pomyślała i podeszła do mężczyzny, w głębi duszy modląc się, by jej nie rozpoznał. 


Przemijał kolejną ulicę Chicago i już miał kierować się w stronę hotelu, kiedy jakieś drobne ciałko wpadło na niego. Odwrócił się i kucnął przed małą dziewczynką, czując coś, co przypominało uczucie deja vu. Zmarszczył nosek, lustrując wzrokiem dziewczęcą kopię siebie sprzed lat. Dziewczynka, wyraźnie zaintrygowana nieznajomym, wyciągnęła ufnie rączkę w jego stronę. Położyła ją na zapadniętym policzku i uśmiechała się szeroko. Uśmiechała się jego uśmiechem. Patrzyła na świat jego oczami. Szczypał się po dłoni z nadzieją, że zaraz się obudzi, ale to nie był sen. 

Rozejrzał się po okolicy, jednak nie zauważył nikogo, kto poszukiwałby małego dziecka. Czuł narastającą w nim złość i irytację. Miliony pytań bez odpowiedzi krążyły w jego myślach, a dziewczynka jedynie złapała go za rękę. Ot tak, po prostu, jak najlepszego przyjaciela. Wyciągnął z kurtki telefon i wybrał numer brata. 

- Bill, mówiłem ci, że w określonych godzinach nie masz do mnie dzwonić! Wiesz, że jestem … - nie mógł dokończyć, bo podenerwowany Bill wtrącił się w jego wypowiedź. 

- Wyślij mnie, błagam, do psychiatry, bo zwariowałem! – mruknął, ciągle idąc przed siebie – Jestem w Chicago, a na ulicy spotkałem swoją mini wersję. Dziewczynkę, około trzyletnią. Ma moje oczy, moje usta i nos. Toooom! Zwariowałem, naprawdę zwariowałem! 

- … W studio! – wpatrywał się z głupią miną w słuchawkę – czekaj, czekaj, chcesz mi powiedzieć, że wpadłeś i sam o tym nie wiedziałeś? – Tom zaśmiał się, choć jego bliźniakowi nie było do śmiechu – wiesz co, chyba naprawdę zwariowałeś, a coś ci się tylko przywidziało. Znajdź matkę tej małej, ochrzań ją, że stresuje mi brata i wróć do hotelu, jasne? Tego nam brakowało, byś zgubił się w innym mieście… – w odpowiedzi usłyszał tylko dźwięk rozłączanego połączenia. 

Maszerowali jeszcze przez jakiś czas, a Amanda wciąż mu się przyglądała. Uwielbiał dzieci i sam jeszcze kilka lat temu chciał zostać ojcem, ale ta piękna wizja zniknęła wraz z ucieczką Mii. Chwilę potem czyjaś dłoń niepewnie zacisnęła się na jego barku. Odwrócił się, a do jego nozdrzy dotarł znajomy zapach perfum Chanel. Przez chwilę oboje stali w ciszy. Ona nie wiedziała, co ma ze sobą zrobić. On nie wierzył, że przed nim stoi. Oboje nie wierzyli, że jeszcze kiedyś się spotkają, a jednak. Los przygotował dla nich to, na co oboje czekali, czego pragnęli, o czym marzyli. A potem nastała cisza, przerażająca cisza mieszająca się z ciemnością. 


Obudził się w małej, ale jasnej sypialni z widokiem na centrum miasta. Podniósł się i leniwie otworzył oczy, rozglądając się ciekawskim wzrokiem po pomieszczeniu. Oprócz dużego łóżka, na którym spał, była też komoda i toaletka z pufem. Na ścianie wisiało kilka ramek ze zdjęciami. Bez problemu rozpoznał na nich wesołą twarzyczkę małej Amandy. Przeniósł wzrok na okno, przez które wpadały pojedyncze promienie słońca. Na parapecie, oprócz dwóch pięknych wrzosów, dostrzegł zdjęcie w ramce. Pewnie nie zwróciłby na nie uwagi, gdyby nie to, że znajdował się na owej fotografii. Natychmiast wstał z łóżka, kierując się właśnie w stronę okna. Chwycił drżącymi dłońmi ramkę, bo wiedział, że to zdjęcie z dedykacją, które kiedyś jej podarował. Sprawnie wyjął fotografię z pozłacanej ramki – nie mylił się. 



Najukochańszej w dniu urodzin. 

Bill 



Wszystko działo się tak szybko, zbyt szybko, by mógł to racjonalnie wytłumaczyć. Najpierw to przywidzenie w parku, potem spotkanie z dziewczynką. No właśnie! Kim ona dla niego była? A może to dlatego Mia uciekała? Zdradziła go z jego bliźniakiem, zaszła w ciążę i uciekła! Tak, na pewno tak było! Poziom jego złości wzrósł maksymalnie, kiedy podświadomość postanowiła zakpić z niego i w myślach zobaczył, jak Tom kładzie swoje łapska na jej idealnym ciele. Przez drobne ciało Billa przeszedł dreszcz. Odwrócił się, kiedy poczuł znajomy zapach, a potem wszystko rozegrało się nie tak, jak to sobie wyobrażał. 

Przycisnął jej szczupłe ciało do ściany, a dłoń ułożył na biodrze. Gdzieś pomiędzy jej jękiem a jego przyśpieszonym oddechem zrzucił z niej koronkową koszulkę nocną, a drobne kobiece dłonie zsunęły jego bieliznę. Odnalazł jej malinowe usta, by po chwili łapczywie się w nie wpić. Całował ją tak, jakby za chwilę miał się skończyć świat. Ułożył się pomiędzy jej udami i jednym gwałtownym ruchem połączył ich spragnione ciała w jedność. Mia złapała go mocno za kark, wbijając paznokcie w delikatną skórę chłopaka. Kilka pchnięć starczyło, by chociaż na chwilę zaspokoić ich tęsknotę i długo skrywane pragnienia. Patrzył na blondynkę szeroko otwartymi oczami. Nie docierało do niego to, co przed chwilą się stało. Dał ponieść się emocjom i pożądaniu. Tęsknocie, która każdego kolejnego dnia bez niej wypalała większą dziurę w jego sercu. W myślach milion razy układał sobie scenariusz ich spotkania po latach. Miał zamiar ją okrzyczeć za to, że zostawiła go bez słowa, a tymczasem po prostu chciał czuć jej bliskość. Fizyczną bliskość, by nacieszyć się jej obecnością. 

- Musimy sobie dużo wyjaśnić – jej cichutki, drżący głos wypełnił panującą w pomieszczeni ciszę. Ułożył dłoń na jej mokrym od łez policzku. Czuł się cholernie szczęśliwy, tak szczęśliwy jak jeszcze nigdy. Mógł mieć tysiące, ba, miliony fanek na całym świecie, ale to właśnie obecność Mii była lekiem na całe zło. Uśmiechnął się do niej szeroko, po czym delikatnie, jakby obawiając się odrzucenia, musnął jej usta. Zobaczył to, na co czekał od tylu lat – jej przepiękny uśmiech. Najpiękniejszy uśmiech świata. Jego świata. 



- Tom, jestem taka szczęśliwa! – pisnęłam z radości, uwieszając się na bracie swojego chłopaka. Ten tylko popatrzył na mnie z szerokim uśmiechem i postukał się w czoło – No, co? – spojrzałam na niego z udawaną złością. Miałam ochotę tańczyć i śpiewać na cały głos – Nie cieszysz się, że zostaniesz wujkiem? – usiadłam na skórzanej sofie, a starszy Kaulitz bacznie mi się przyglądał. 


- Cieszę się, pewnie, że się cieszę! – klasnął w dłonie, a mnie zrobiło się jakoś lżej – ale wyobrażasz sobie naszą divę w roli ojca? – roześmiał się, a ja zmarszczyłam brwi, intensywnie myśląc. 


- Nie, nie wyobrażam, ale już ja go nauczę. Tom? – gitarzysta spojrzał na mnie, a ja wyjaśniłam mu, że oczekuję jego pomocy w zorganizowaniu kolacji – no i masz dowieść go na osiemnastą, tylko nie wygadaj mu się – zagroziłam mu palcem, a ten tylko pokiwał głową twierdząco. Wyszedł z małego, studyjnego pomieszczenia, zostawiając mnie samą. 

Patrzył na nią, nie wiedząc czego może spodziewać się w dalszej części jej opowieści. Faktycznie, tamtego wieczora mieli zjeść wspólnie z Tomem kolację. Och, i wyjaśniło się, że Amanda jest jego córką. Jak mógł podejrzewać ją o zdradę? Skarcił się w myślach i skinął głową, by kontynuowała. 

Siedziałam sama przez dobrą chwilę, gdy to pokoju wszedł David i Shiro. Oboje mieli grobowe miny, co wcale mi się nie podobało. Uśmiechnęłam się do nich, a Shiro tylko zamknął drzwi na klucz. 


- Słuchaj, nie mamy za dużo czasu – lodowaty ton głosu Davida przeraził mnie nie na żarty – słyszałem, że jesteś w ciąży – zrobił głupią minę, bo wydało się, że nas podsłuchiwali. 


- Sprawa jest prosta. Masz zniknąć z życia Billa raz na zawsze, jasne? – warknął Shiro, a po moim ciele przeszedł dreszcz. Przez chwilę zapomniałam języka w gębie – to twój numer konta? – David podsunął mi pod nos kartkę z rzędem cyfr. Skinęłam głową – jeszcze dzisiaj na tym koncie pojawi się ładna sumka, za którą masz ułożyć sobie życie z dala od LA, z dala od Billa, masz o nim zapomnieć.


- Dla-dlaczego? – pod moimi powiekami zaczęły zbierać się łzy. Nie chciałam płakać. Nie chciałam pokazywać, że jestem słaba, ale to było silniejsze ode mnie – wytłumaczcie mi dlaczego! – nie panowałam nad emocjami. Poczułam czyjąś dłoń na swoim policzku, a chwilę potem zakręciło mi się w głowie. 


- Cały ten wasz związek to jedna, wielka pomyłka! Myślisz, że jak wyjdzie na jaw twoja ciąża, ktoś nabierze się na tę ckliwą historyjkę, że Bill wciąż szuka miłości? Nie! Show-biznes jest okrutny, maleńka – poczułam jak Dave łapie mnie za brodę. Stał nade mną i śmiał się prosto w twarz. 


- Dla was liczy się tylko kasa! Gdzie w tym wszystkim czas na szczęście Billa?! – żałowałam, że po raz kolejny podniosłam głos. Drugi raz ciężka dłoń Shiro zderzyła się z moim, piekącym od poprzedniego uderzenia, policzkiem. 

Bill zacisnął mocno pięści. Nie wierzył to, że jego producenci byliby zdolni do takiego czegoś. Miał ochotę coś rozwalić, a dokładniej – te ich wymuskane buźki. Już wiedział, co zrobi zaraz po tym, jak wróci do Los Angeles… 


- Szczęście Billa? Phi, dobre sobie! Dla niego szczęściem są właśnie pieniądze! Nie udawaj, że zakochałaś się z nim, bo jest takim cudnym mężczyzną! Świat kręci się wokół pieniędzy, a takich laleczek jak ty, są miliony – warknął Shiro – dzisiaj wieczorem nie ma cię tu być, w innym razie pożałujesz. Ty i twój ukochany Billy – widzieli, że jestem przerażona. Wiedzieli jak mnie podejść, bym ich posłuchała. Słone łzy zalały moją twarz. Musiałam się usunąć, by temu, którego kocham, żyło się lepiej. Spakowałam najpotrzebniejsze rzeczy z naszego mieszkania i wyszłam, zamykając za sobą rozdział, który miał trwać wiecznie. 

Usłyszała dźwięk rozbijanego szkła. Bill przez chwilę miotał się po saloniku, ale nie próbowała go powstrzymać. Dobrze wiedziała, jak jej ukochany radził sobie ze stresem. Po chwili jednak opadł na kanapę, podciągając cicho nosem. Nie wytrzymał tego napięcia. Pozwolił sobie na łzy, choć wcale nie chciał płakać. Nie w jej obecności. Mia usiadła obok niego, kładąc dłoń na mokrym policzku. Wtulił się w nią jak dziecko, wciąż nie mogąc uwierzyć, że ludzie, których uważał za naprawdę bliskich, zawiedli go w tak okrutny sposób. Wplótł dłoń w jej miękkie, jasne włosy, powoli się uspokajając. W jej ramionach był bezpieczny. Cokolwiek by się nie działo, jej delikatny dotyk zawsze koił zszargane nerwy wokalisty. 

Trwali tak jeszcze przez kilka minut, kiedy do pokoju z impetem wpadła roześmiana Amanda. Mia odsunęła się od chłopaka, siadając na fotelu w dalszej części salonu. Z tego miejsca mogła spokojnie obserwować, jak miłość jej życia wodzi wzorkiem za małą dziewczynką. Ich córeczką. Bill od razu się rozchmurzył, uśmiechając się tak szeroko, jak tylko potrafił. Mała wgramoliła się na jego kolana, wyczuwając więź łączącą ją z Billem. Wtuliła się ufnie w jego tors. Moment pojednania ojca z córką był naprawdę magiczny. Blondynka, choć nie chciała przerywać im tej wyjątkowej chwili, podeszła bliżej, by mocno objąć zarówno Amy jak i Billa. Nie mogła sobie wyobrazić lepszego rozpoczęcia dnia. 


Kilka dni później… 

Wpadł do studia, rzucając w kąt swoją kurtkę. Georg i Gustav, którzy pod nieobecność wokalisty przylecieli, by nagrać swoje partie na nadchodzącą płytę, patrzyli po sobie z dziwnymi minami. Jeszcze nigdy nie widzieli młodszego Kaulitza tak złego, choć znają się już tyle lat. Wymienili pytające spojrzenie, ale żaden z nich się nie odezwał. W niektórych sytuacjach Bill był nieobliczalny, a oboje przeczuwali, że to jeden z takich momentów. 

- Gdzie on jest? Gdzie, kurwa?! Zabiję gnoja! Zrobię z niego żywą tarczę! – krzyczał, otwierając po kolei wszystkie drzwi do pomieszczeń, w których ewentualnie mógłby znaleźć Shiro Gutzie – ich wieloletniego współpracownika i producenta. W końcu go znalazł. Siedział przed konsoletą mikserską, bawiąc się materiałem, który został już nagrany. Nim się odwrócił, wściekły Kaulitz wisiał już nad nim. Poczuł jak jego drobna, ale ozdobiona masą pierścionków dłoń zderza się z jego policzkiem. Raz, drugi, trzeci. Był w takim szoku, że nie potrafił się bronić. Do jego podświadomości docierały pojedyncze dźwięki, głównie kierowane pod jego adresem przekleństwa i obelgi. Uspokoił oddech, by jednym ruchem zablokować i skrępować wściekłego chłopaka. Powalił go na podłogę w taki sposób, że Bill nie mógł się ruszyć i tylko modlił się, żeby chrupnięcie, które usłyszał nie oznaczało złamanej ręki. 

- Co ty odpierdalasz?! – producent wysyczał mu do ucha, a jego ruchy ciągle były skrępowane. Wpatrywali się w siebie, normując swoje oddechy. Kilka chwil nieuwagi i to Kaulitz przodował nad zdezorientowanym Shiro. Przyparł go mocno do podłogi. 

- Ja?! To może mi wytłumaczysz, kto pozwalał ci ingerować w moje, powtarzam, w moje życie osobiste?! – zluzował swój mocny ucisk i wstał z podłogi – To bolało … W szczególności, że zawsze byłem wobec ciebie lojalny – spojrzał na niego spod kaskady długich rzęs, a jego wzrok pozbawiony był jakichkolwiek emocji – ale wiesz co? Shay powinna wiedzieć, że od dawna lubujesz się w młodych, chłopięcych tyłkach – zniżył głos, a Shiro głośno przełknął ślinę. Bingo! Uderzył w jego najczulszy punkt. Nikt, prócz Billa, nie znał jego osobistych preferencji – pójdę ci na rękę… - przesunął dłonią za uchem swojego producenta. Ten tylko mruknął rozkosznie, ale chwilę potem przybrał swoją maskę oschłego mężczyzny. Nie chciał mu pokazywać, że Bill działa na niego w TEN sposób – nie powiem nic Shay, ale ty zrzekniesz się, na moją korzyść, swoich dochodów ze sprzedaży płyty i przeprosisz Mię za to, że musiała tyle wycierpieć… 

Shiro od zawsze miał bzika na punkcie pieniędzy. Taplał się w luksusach i wiedział, że musi zgodzić się na słowa Billa. Nie wyobrażał sobie, że najbardziej skrywana tajemnica jego życia prywatnego mogłaby dotrzeć do osoby, którą kocha. Nienawidził Kaulitza za to, że znał ten pikantny szczegół i wykorzystał go właśnie teraz, kiedy po raz kolejny przegrał kolosalną sumę dolarów w kasynie. W żadnym innym okresie pieniądze nie były mu tak potrzebne, jak teraz, ale Shay była mu jedyną bliską osobą i nie mógł jej stracić. 

- Jesteś niesprawiedliwy! Wiesz, że mam finansowe problemy! – fuknął, choć na Billu nie zrobiło to żadnego wrażenia. Uśmiechnął się w tak perfidny, a zarazem tak seksowny sposób, że odjęło mu mowę. Shiro odwrócił speszony wzrok. 

- Odebrałeś mi osobę, którą kochałem, a teraz ja odbiorę ci to, co kochasz ty… Twoje. Pieniądze – zaakcentował ostatnie słowo i nie zaszczycając go kolejnym spojrzeniem, wyszedł z pomieszczenia. Dźwięk rozbijanego z impetem szkła rozniósł się po całym studio. 


Czternaście miesięcy później… 

Siedziała na puchatym fotelu, a promienie kalifornijskiego słońca muskały jej twarz. Od samego rana była cholernie spięta. Nie pomógł nawet masaż rozluźniający mięśnie. Żołądek podchodził jej do gardła, a pomyśleć, że do ślubu zostało jeszcze kilka długich godzin. Zatraciła się totalnie w swoich myślach. A co jak się rozmyśli? Co jeśli ucieknie? Co jeśli mu się nie spodobam? Z letargu wyrwał ją ciepły głos Natalie, przyjaciółki rodziny i makijażystki. Uśmiechnęła się szeroko, stawiając na podłodze ogromny kufer wypełniony kosmetykami najróżniejszych marek. Jej talię przepasał czarny pas wizażysty. 

- Sporo tego… - Mia zaśmiała się lekko, rozglądając się dokoła – a ja twierdziłam, że mam dużo kosmetyków – na jej twarzy pojawił się, po raz pierwszy tego dnia, szeroki uśmiech. Natalie odwzajemniła ten gest, szczerząc się jeszcze bardziej. Ułożyła na blacie kilkanaście różnych produktów – od bazy pod makijaż, podkładów, pudrów po cienie i tusze do rzęs. Jej ślubny makijaż miał być bardzo subtelny, ale na tyle widoczny, by nie zginął na zdjęciach. Oddała się w ręce Nat, bo wiedziała, że ta wyczaruje coś niesamowitego i nieskazitelnego. Nie myliła się. Spoglądała na siebie w lustrze, nie dowierzając. Jej niebieskie oczy idealnie komponowały się z odcieniami zimnego brązu i złota. Rzęsy, choć sztuczne, ciągle wyglądały naturalnie, a rumiane policzki idealnie wtapiały się w jej porcelanową karnację. 

- Nat, jesteś… O cholera… Jesteś cudotwórczynią! 


Zbliżała się godzina zero. Kręcił się w kółko po małym, przykościelnym pomieszczeniu, czując, że żołądek podchodzi mu do gardła. W ciągu dwudziestu minut wypalił chyba z pięć papierosów, by w pewien sposób sobie ulżyć, ale nic z tego. Denerwował się, a Tom zamiast go wspierać, naśmiewał się tylko, że jego młodszy braciszek na zawsze straci wolność. Chciał go palnąć, ale drżenie rąk było na tyle widoczne, że wepchnął je kieszeni, by dłużej nie musieć ich oglądać. Spojrzał w lustro. Wyglądał perfekcyjnie. Garnitur leżał na nim idealnie, jakby był skrojony właśnie na niego. Rozwichrzył trochę burzę blond włosów. Po raz ostatni sprawdził, czy przypadkiem nie zgubił gdzieś obrączek, po czym wraz z drużbami udał się do niewielkiego kościoła na obrzeżach Los Angeles. 

Nie mogli lepiej wybrać. Kościół wyróżniał się swoją prostotą i wewnętrznym minimalizmem. Na ten szczególny dzień przyozdobiony został beżowym jedwabiem i masą herbacianych róż. Jej ulubionych kwiatów. Przez całą długość kościoła rozciągał się beżowy dywan, a zaraz przy wejściu do nawy znajdował się drewniany łuk ozdobiony różami i bawełnianymi lampeczkami. Bliżej ołtarza ustawione zostały dwa krzesła pokryte tym samym jedwabnym materiałem i przyozdobione białą kokardą tak, by wszystko idealnie ze sobą komponowało. Pierwsi goście zaczęli się schodzić, choć nie było to wybitnie duże wesele. Najbliższa rodzina, przyjaciele i kilkoro ludzi z wytwórni. 

Im bliżej do siedemnastej, tym bardziej się denerwował, a jego oddech stał się wyraźnie przyśpieszony. Wszyscy zaproszeni goście czekali już w kościele, a druhny i drużbowie ruszyli, by zając swoje miejsca. Poprawił garnitur i sam udał się w kierunku ołtarza. Posłał blady uśmiech swojej rodzicielce, która odwzajemniła gest i mocniej przytuliła swoją wnuczkę, ubraną w brzoskwiniową sukienkę i balerinki w podobnym odcieniu. Wyglądała jak księżniczka, ale to, co zobaczył kilka minut później, prawie przyprawiło go o zawał. W jednym momencie wszystkie pary oczu skierowały się ku wejściu do kościoła. Dostrzegł jej piękną, białą sukienkę, a w jego oczach pojawiły się łzy. Łzy szczęścia. Rozbrzmiał Marsz Mendelsona, a Mia dumnie kroczyła obok swojego ojca. 

Była coraz bliżej… i bliżej… i bliżej… 

Stanęła obok niego, a Bill mocniej chwycił jej drobną dłoń. Spojrzał w przepełnione miłością niebieskie oczy swojej przyszłej żony. Nie wierzył to. Nie wierzył, że to dzieje się naprawdę, a Mia za chwile zostanie Panią Kaulitz. Widział, że druhny powstrzymywały się od płaczu, a drużbowie cieszyli się jego szczęściem. Sam o mały włos się nie rozpłakał. Minęło kilka chwil, gdy jego drżący od emocji głos, wypełnił mury kościoła. 

- Ja, Bill, biorę sobie Ciebie Mia za żonę i ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz, że Cię nie opuszczę aż do śmierci. Tak mi dopomóż Panie Boże Wszechmogący w Trójcy Jedyny i Wszyscy Święci – mówiąc, patrzył Mii prosto w oczy, po jej policzkach zaczęły płynąć łzy. Uśmiechnęła się. 

- Ja, Mia, biorę sobie Ciebie Bill za męża i ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz, że Cię nie opuszczę aż do śmierci. Tak mi dopomóż Panie Boże Wszechmogący w Trójcy Jedyny i Wszyscy Święci – nie panowała nad emocjami. Delikatnym ruchem dłoni otarł jej łzy, by po chwili wsunąć na jej palec serdeczny grawerowaną obrączkę z białego złota. Chwyciła za obrączkę przeznaczoną dla mężczyzny i wsunęła ją, patrząc mu w oczy – Bill, przyjmij tę obrączkę jako znak mojej miłości i wierności, w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego – brązowe tęczówki po raz kolejny zalały się łzami. Chwilę potem ich usta złączyły się w namiętnym pocałunku, a po kościele rozniosły się wielkie brawa. Trwali tak przez chwilę, napawając się swoimi pocałunkami. 

- Kocham cię… Tak bardzo cię kocham – szepnął jej wprost do ust.

_____________________________________________________________

I tutaj kończy się historia Billa, Mii i Amandy. Mam nadzieję, że losy moich bohaterów przypadły Ci do gustu :) A i mam wielką prośbę - jeśli przeczytałaś to opowiadanie, zostaw po sobie jakiś ślad, cokolwiek, nawet jedno słowo. Chcę wiedzieć, że nie piszę sama dla siebie i ktoś tutaj ze mną jest. 

Pozdrawiam cieplutko! 

Martie